poniedziałek, 17 lutego 2014

Zima :)

Przepraszam za duże opóźnienie :) Ciągle coś miałam na głowie, a ostatnia rzecz, o której chciałam Wam napisać, to tutejsza zima. Myślałam, że nigdy nie będę używać tutaj dżinsów, a jednak :) była tu najchłodniejsza "zima" od kilkudziesięciu lat :) Oto jeden z naszych przyjaciół w jeden z chłodniejszych dni:) teraz jednak robi się znowu coraz cieplej i cieplej .. Ujjjj 


wtorek, 14 stycznia 2014

Iwona Michnik                                                                                                10.10.2014
254 Silom Road
10500 Bangkok
iwonkamichnik@gmail.com

Zwyczajna niezwyczajność


"Musimy stać się osobą, którą kochamy"
/Merton/

Zwyczajny jak kromka chleba z masłem, codzienny jak dzień dobry wypowiedziane do sąsiada. Setki gestów, które znamy na pamięć, że już więcej o nich nie myślimy. Kiedy przeistaczają się one w małe cuda, które nadają blasku, piękna naszej codzienności? Powiedziano kiedyś "Patrzą, lecz nie widzą, słuchają, lecz nie słyszą". Wszystko na co patrzymy składa się z tysiąca szczegółów, misternej pracy ludzi, z tej powtarzalności i niepozornych, drobnych spraw. Drugie imię zwyczajności to niezwyczajność, jedna w drugiej się przegląda, jedno i drugie szerokie jak przestrzeń nieba odbijająca się w głębokim jeziorze. Któż to pojmuje? Bo ja nie. Ten, co wszystko stworzył i wprawił w życie stał się człowiekiem, bo go ukochał. Stał się Osobą.... Kim ja się staje? To moi ubodzy przyjaciele stają się mymi przewodnikami, uczą mnie dostrzegać wartość chwil, drobnych słów, gestów, niepowtarzalności, prostoty, swego rodzaju pogodnej zgody na to, co jest. Te drobne rzeczy nadają smak, jak przysłowiowa szczypta soli w potrawie. To, co najważniejsze - w całym chaosie problemów, spraw, nicości, niezaspokojonych pragnień, desperacji, braku powłok i otoczek, wyłania się w nich zdolność do rozpoznawania miłości, jej dawania i otrzymywania. I w tej nieco Bożej logice do góry nogami, oni kształtują me życie na nowo, oni uczą mnie przyjmować maleńką miłość. Ten, który narodził się w niesprzyjających warunkach, gdzieś tam na marginesie sprawia, że miłość może narodzić się w najbardziej skłóconej rodzinie, w sytuacji bez wyjścia, w żłobku beznadziei. Ileż razy me własne zniechęcenie mówiło mi, dzisiaj nie chcę pójść odwiedzić ludzi? Zawsze, zawsze wtedy spotkałam się z życiem, które ratuje mnie samą. Muszę stać się ubogą w sercu, by zwyczajność mnie olśniła. Usunąć się w cień, by dostrzec Światło. 

Wieści ze wspólnoty

Ostatni miesiąc nie mógł się sam w sobie pomieścić i gdy zasiadam do pisania tego listu gubię się w mnogości zdarzeń. Postaram się w skrócie go odtworzyć wspominając tylko - jakby chwytając chwile w kadrze jak na zdjęciu. Całkiem paradoksalnie zacznę jednak od "zimy" :) Ot co, skarpetki na noc i wynaleziony zakurzony koc do przykrycia i grzanie wody do umycia dla Anana. Śmialiśmy się same z siebie, gdy widziałyśmy się w kilku piżamowych warstwach :) I potem Adwent, świadomość swej niewiedzy czekającej na Światło. Wychodzenie ku życiu do ludzi. Jeden jedyny raz w roku z okazji świąt otwarte na chwile pokoje w I.D.C. I ten jeden pokój pięknie przystrojony ze świątecznym obrazem namalowanym przez naszego przyjaciela Emanuela. Uściski rąk. Echo rozśpiewanych głosów w I.D.C. na ceremonii świątecznej i odmienione twarze. Cisza spadających łez w szpitalu Saint Louis po usłyszeniu piosenki kho haj mi khwamsut wan christmas.... Girlandy rozwieszone na naszej wąskiej uliczce przez sąsiadów, którzy nie obchodzą świat. Grupa Focolari i wieloletnia przyjaciółka Domów Serca Monthita tłumacząca dzieciom święta. Codziennie otwierany adwentowy kalendarz. Niespodziewane gromadki dzieci śpiewające pod oknem We wish You merry Christmas. Wigilijny lunch :) z Jaaj Som Chit, Paa Luli, Paa Sum Mali, Lung Taa i w ostatniej chwili zaproszonej babci siedzącej na ławce Jaaj Muaj. Kolędowanie angielsko-francusko-polsko-tajskie. Niedowierzająca twarz Jaaj Niang, która przed swym domem zobaczyła na wózku Jaaj Som Chit (najlepszą przyjaciółkę). Potem bunt i płacz małego Net, który nie chciał wrócić do swego domu, bo odwiedziła go mama, która porzuciła go przed laty. Przedziwność wieczornego spaceru przez sąsiedztwo w wigilie na Msze w parafii francuskiej i wspólna wigilia z rodzinami. Gloria in exelsis Deo zaśpiewane w nocnej ciszy domu. Zadumanie serc poszukujących. Bożonarodzeniowe dzielenie się opłatkiem ze wspólnotą i wzruszenie wszystkich dziewcząt tą tradycją. Przyjaciele Mary Celeste śpiewający dla dzieci w Boże Narodzenie. Dzieci bawiące się w najlepsze rozkładając i składając ponownie i po wielokroć naszą szopkę. I wyszeptane do ucha dziecięce chan rak phii (kocham Cię siostro). Rodzice Mary Celeste. I zaraz potem wizyta Betiany (była tutaj około sześciu lat temu) i jej przyjaciółka Monika (była na misji w Senegalu). Radosny okrzyk jednej z babć Pii Apple!!!!!!!  (Tutejsze imię Betiany) I mocny uścisk ramion. Pozorna cisza modlitwy odradzającej nas na nowo. Pożegnanie rodziny Alline z Afryki, która w końcu po czterech latach otrzymała bilet do nowego  kraju Ameryki, by rozpocząć nowe życie! 

Tajskie Betlejem

Nie wiem do końca czemu, ale temat świat prowadzi mnie do naszego playground zapełnionego dziećmi. Jakby uświadamiam sobie, że to niezwyczajne narodzenie rzeczywiście może się dokonać  w całkowicie zwyczajnym, wręcz marginesowym miejscu. Podobnie jak i w tej części naszego serca, którą chcemy zapomnieć. Playground, szerokie boisko, którego widok jest dość mizerny. Dzieci nie do końca wiedzące co ze sobą zrobić, boisko otoczone siatka, po drugiej stronie soi (wąskiej uliczki) brudna woda ze stertą śmieci, pełno psów i ich odchodów, po prawej stronie stoisko, coś w rodzaju sklepu. I oczywiście wokół mnóstwo domów. Czasami plątają się tam również osoby wciągające klej, buńczuczni nastolatkowie. I pomiędzy tym również maleńkie dzieci. Za pierwszym razem, gdy się  tam udałam z Naomi, boisko pływało (było to w porze deszczowej). Bawiliśmy się w ganianego i w wyścigi w tej wodzie. Zaczęliśmy tam powracać regularnie. Dzieci zaakceptowały naszą obecność. Proponowałyśmy im wspólną zabawę, potem oni proponowali swe gry. Czasem jest nas parę, czasem zbiega się cała gromada. Ci najmłodsi przychodzą niejednokrotnie, aby być częścią tej gry, śmieją się  obserwując co się dzieje, a Ci starsi ciągle wskazują wybierz mnie, wybierz mnie. Niestety, ale kiedy odchodzimy, uformowane kółko się rozpada, a dzieci rozchodzą się w swe strony. Czasem odwiedzają nas wolontariusze z francuskiej parafii, więc często ich tam zabieramy. Pewnego razu ich obecność uratowała jedno południe. Dzieci bawiły się w tajski boks, aczkolwiek to była coś więcej niż tylko zabawa. W żaden sposób nie mogłam ich odciągnąć od siebie. Ostatecznie Mathiew wpadł na pomysł gry w piłkę i rzeczywiście, stworzyliśmy dwie drużyny i rozegraliśmy fascynujący mecz. Jakim radosnym zdziwieniem przywitałam gromadkę dzieci, które zdecydowały się w końcu przybyć jednego dnia do naszego domu! Te dzieci szybko uczą się dojrzewać, tego wymaga życie. Proszę módlcie się za nie i ich serca. By wiedziały, że są kochane. 

 Podziękowania

Dziękuje za listy, które otrzymałam wszystkie naraz w wigilie Bożego Narodzenia, za wszelkie słowa wsparcia, pamięci i modlitwę. Tak jak pisałam na początku, małe rzeczy nadają smak i piękno. Wcale nie przesadzę, jeśli powiem, że Wy jesteście tu obecni przez te małe gesty serdeczności, życzliwości, miłości. Noszeni ze mną i zjednoczeni w modlitwie bawicie się z dziećmi, śpiewacie i odwiedzacie ludzi. Dziękuje. 

Iwona

Jeśli chcesz do mnie napisać iwonkamichnik@gmail.com


wtorek, 17 grudnia 2013

Coraz blizej swieta ....

 W tym roku   o l ś n i e n i a   c o d z i e n n o ś c i ą !!!!



Integracja?

Witam jak zwykle po dlugiej przerwie (to, zebyscie sie mogli za mna stesknic:) Tym razem chcialam napomknac o naszym wspolnym miedzynarodowym popoludniu. Mianowicie, jedna z naszych zaprzyjaznionych francuskich rodzin, zaprosila nas z naszymi dzieciakami z Jet Sip Prai do siebie do domu na wspolne gry (dla chlopcow oczywiscie football), a dla dziewczynek przygotowywanie dekoracji. Zrobilysmy wiec tournee po naszym sasiedztwie, pytajac rodzicow czy mozemy zabrac dzieci itp., itd. W naszej gromadzie znalazl sie Biw (ktory czasem przechadzajac sie kolo naszego domu spiewa piosenke urodzinowa, albo mowi dzien dobry, albo po prostu krzyczy - przy czym to wszystko trwa zaledwie sekundy), jego dobry przyjaciel Nung (ktory zjawia sie zawsze niespodziewanie), nowo poznany drugi Nung z siostra Tee, Keet, Bua, wiecznie usmiechnieta Ooo, ktora kazdy rozpoznaje po jej radosnym SAWADIIII KHAAA!!!!!!! oraz Ing, byla tez z nami Naa. Mimo tego, ze umowilismy sie z dziecmi na 13-sta to wiekszosc z nich czekala przed domem godzine wczesniej, co chwile pytajac, czy to juz. Kiedy wiec wybila ta oczekiwana godzina wyruszylismy najpierw autobusem, potem rong song teew, a potem piechota, az w koncu dotarlismy do rodziny Laure. Troche obawialysmy sie wczesniej jak to bedzie, jak te nasze dzieciaki odnajda sie w rzeczywistosci tego wielkiego domu i nieznanych im Francuzow. Ale gdziez tam strach. Biw, gdy zobaczyl ojca rodziny (ktory byl nieco oniesmielony) podszedl i po prostu przytulil sie. Potem chlopcy automatycznie dogadali sie z synami Laure (bo przeciez wiadomo o co chodzi w pilce noznej) i tutaj rowniez Biw, gdy chcial wytlumaczyc koledze, ze ma podejsc blizej, wskazal palcem i powiedzial Pii ldkfhegskqdikusgreuy (co zapewne bylo imitacja jezyka angielskiego) i wszystko bylo wiadomo. Komunikowali sie po tajsku, francuzcy chlopcy po angielsku, albo na gesty i doskonale sie rozumieli. Dziewczynki tez byly zadowolone z przygotowanych dekoracji. Potem gralismy w jeszcze pare innych, wspolnych gier. Dzieci pytaly tylko - kiedy wrocimy znowu???? Dla mnie samej to byla czysta przyjemnosc patrzec na te rodzine, ktora przygotowala to wszystko ze swej dobrej woli, chcac dzielic nie tylko swoj dom, ale takze swoje serce, przez co ow dom mogl napelnic sie zyciem. Bo choc jestesmy rozni, z roznych kultur, rodzin, moznaby powiedziec swiatow, to wszyscy pragniemy tej wspolnie dzielonej przyjazni, i tego smaku wspolnie dzielonych dobrych chwil.

wtorek, 19 listopada 2013

Iwona Michnik                                                                                             11.11.2013
254 Silom Road
10500 Bangkok
iwonkamichnik@gmail.com


„Człowiek, który zostawia Bogu boską swobodę, 
wielbi Pana w Jego wolności, sam uzyskując wolność synów Bożych. 
Kto Go chce uchwycić i zatrzymać, traci Go. Wy. Którzy Go kochacie, 
musicie kochać Go, jako przychodzącego nie wiadomo skąd 
i odchodzącego nie wiadomo, dokąd”
/Merton/

Dar życia w głębi nas samych....

Moi drodzy,

Pisząc ten kolejny list, zadziwiam się jednocześnie, że w Polsce mija już jesień, a może nawet teraz prószy śnieg. Tutaj i ja po pewnym czasie zaczynam odczuwać zmiany pogody. Skończyła się już pora deszczowa. Rzeczywiście padało codziennie - intensywnie, ale krótko. Pamiętam, gdy jednego dnia skończyła się ma wizyta w I.D.C, wyszłam poza bramy budynku. I zamiast ulicy zobaczyłam rwąca rzekę, podwinęłam więc spodnie, zanurzyłam swe stopy w wodzie, a wędrując do rong song teew, rozpryskiwałam wodę na wszystkie strony. Wiele okolic poza Bangkokiem zostało zalanych. Teraz zaczyna się pora zimna, (cokolwiek to znaczy - gdyż nadal jest ciepło). Owszem, jest nieco chłodniej, ale to chyba bardziej przez powiewy delikatnego wiatru od czasu do czasu, sprawiając, ze powietrze bywa bardziej sabaaj sabaaj. Tym, więc pogodowym wstępem witam ponownie z Bangkoku ogłaszając, że teraz (w końcu i nareszcie) jest nas pięć w domu. Marie Celeste z Ameryki, Cecile ze Szwajcarii, (z którymi jestem od początku), Naomi z Ameryki oraz Marianne z Francji, (która jest osobą konsekrowaną) wcześniej była na misji na Filipinach, następnie w Niemczech. Obecnie jest z nami i tutaj zapewne pozostanie długi czas. Cieszymy się z jej obecności, swego rodzaju spokoju, który płynie również jak mniemam z doświadczenia bycia świadkiem tej samej misji w różnych krajach. Jako ciekawostkę dodam, że wszystkich nas bardzo poruszył fakt, ze jej rodzice dawno temu adoptowali chłopca z Tajlandii! Ma ona brata Taja, który żyje we Francji, mówi pięknie po francusku, a ona będzie uczyła się jego ojczystego języka, poznając krok po kroku ducha tego kraju. Zaskakujące! Dom wiec tętni życiem.


Immigration Detention Center

Po raz kolejny zastanawiałam się, którym wycinkiem z życia tym razem się podzielić. Już nie mogę się doczekać, kiedy opisze Wam miejsce, które odkryliśmy w naszym sąsiedztwie, ale starając się być w miarę uporządkowaną z kolejnością zdarzeń, tym razem zatrzymam się przy I.D.C., czyli Immigration Detention Center. Jest to miejsce dla osób, które nie mają wizy (oficjalnej przyczyny, dla której mogą być w Tajlandii) lub paszportu. Generalnie pokoje dzielone są przez różne nacje. Ogromna liczba osób pochodzi z Pakistanu, w którym obecnie występują ogromne prześladowania religijne, toteż ludzie uciekają tutaj. Czasem czekają w I.D.C, aż cały proces wysyłania do innego kraju zostanie zakończony. Czas oczekiwania jest bardzo rożny, obecnie jednak jest tutaj tak wiele osób, że wszystkie przesłuchania i procedury się wydłużają. Drugą ogromną grupą osób w I.D.C. to Afrykańczycy, którzy często przybywają w poszukiwaniu lepszego świata, niemniej jednak nie mają legalnej pracy, ani dokumentów. Jest też grupa osób, która z różnych powodów nie może, bądź nie chce powrócić do swego kraju, jednakże ciągle nie mając wizy, przekraczają tutejsze prawo. Czekają, więc na zakończenie procesów lub w przypadku innych na skolekcjonowanie pieniędzy, by zapłacić odszkodowanie za nielegalny pobyt. Potocznie nazywamy to więzieniem, jednakże nie jest to miejsce dla kryminalistów.
Jesteśmy upoważnione do dwóch rodzajów wizyt, pierwsza opcja, która właściwie możliwa jest dla każdego, kto tylko ma wszystkie sprawy w porządku z paszportem i wizą, to wizyta na jedną godzinę. Zawsze o określonej porze należy stawić się ze swymi dokumentami, odczekać 30 minut, a następnie po dokładnym sprawdzeniu można zobaczyć się z wywołaną osobą. Wszyscy wizytatorzy zgromadzeni są w tym samym pomieszczeniu, oddzieleni od więźniów kratkami. Wizytatorzy po jednej stronie, więźniowie po drugiej. Trzeba mówić dość głośno, by być usłyszanym. Druga opcja, do której trzy z nas mają dostęp, to wizyty wewnątrz I.D.C. Father Bernard, który jest naszym zwierzchnikiem, otwiera nam bramy prowadzące do poszczególnych pokoi. Nie możemy jednak wejść do środka pomieszczenia, zawsze oddzielają nas kraty z małym otworem, przez który podajemy sobie ręce. Odwiedzamy pokój kobiet i dzieci, pokój z ludźmi z Pakistanu, Afryki, a następnie pokój, w którym umieszczono różne nacje.

Niewidzialna wolność …?

Kiedy stoję za kratami zastanawiam się, czym jest wolność. I po wielokroć czuję, że będąc na wolności, można być w niewoli, że więzienie może być także materialnym obrazem rzeczywistości, którą mogę odnaleźć w sobie. Nie śmiem jednak prowadzić na ten temat rozważań, jakby obawiając się, że sama nie wiem jeszcze, czym ona jest. Poniekąd czasem moi przyjaciele wiedzą więcej o wolności niż ja, ponieważ nie mając możliwości czynienia tego, co chcą, odkrywają jej przestrzeń w swym własnym sercu. Zadziwiające, co dzieje się z człowiekiem w trudnych warunkach, jego serce jakby formowane na nowo, jakby urabiane jak ciasto, nabiera nowego kształtu. Kobiety w odwiedzanym przez nas pokoju uczą dzieci angielskiego, prowadzą także lekcje biblijne. Jedna z nich zajmuje się porzuconym dzieckiem, to znów dzięki staraniom drugiej, zezwolono wszystkim chrześcijanom zebrać się na wspólną modlitwę. Nie znałam takiej rzeczywistości wcześniej, takiej wierności ocalałej z prześladowań, która gromadzi ich codziennie na wspólnej modlitwie. Teraz, gdy to pisze, widzę przed sobą Nasrin, która powiedziała “wreszcie wiem, co to znaczy ubóstwo”, która nieustannie kontynuuje zadawanie tego pytania “No dobrze, ale jak Ty się masz?” Widzę tą 13-letnią dziewczynę, która, gdy już odchodziłam krzyknęła “Siostro, pamiętaj, tylko dbaj o siebie”... Widzę tę małą przepiękną dziewczynkę o czarnych oczach z Sri Lanki, z którą grałam przez więzienne kraty w wyliczanki typu “Pani Zo, Zo, Zo, Pani Sia, Sia, Sia...”, która z radości chciała podarować mi naklejkę. Powiedziałam “dziękuje”, myśląc, że dla tego dziecka skarbem jest owa naklejka, ale ona tak bardzo chciała mnie nią obdarować, że w końcu mała syrenka została przylepiona na kieszeni mej bluzki, której potem nie odlepiłam, a po wypraniu założyłam z powrotem. Pamiętam wszystkie tamtejsze dzieciaki, które zbiegły się zaciekawione, gdy graliśmy w “O made lanse flore...”. Wsunęłam me ręce przez otwór w kratach, tak, że dzieci mogły je dosięgnąć, stanęły, więc w dużym kręgu i mogliśmy kontynuować grę wspólnie, śpiewając i śmiejąc się. Czasem zdarzyło nam się, ze natrafiliśmy na jakieś święto, toteż mogliśmy nawzajem się uścisnąć.

Jestem człowiekiem...

Chciałam wspomnieć o dwóch różnych zdarzeniach, osobach, które bardzo często widzę w I.D.C. Jeden z nich to 30-letni Jeremy z Liberii (Afryka). Jak sam mówi, wcześniej był dzieckiem ulicy..... Nie dbał zbytnio tutaj o wizę. Został wiec złapany. To jego 8 miesiąc w I.D.C. Dzielił się ze mną swymi przemyśleniami na temat swego życia. Powiedział, że choć to, co robił dawało mu jakaś satysfakcje, to wieczorami czuł pustkę w sercu. Gdy trafił tu, myślał, że odwiedzą go jego przyjaciele, ale nikt się nie pojawił. W jego pomieszczeniu spotkał chrześcijan, więc nie chciał zaprzątać sobie nimi głowy, myśląc, modlą się tylko dla tego, że są w trudnej sytuacji. Czas jednak mijał, nadal nikt się nie pojawiał, zaczął wiec rozmyślać, o tym, co kryło się w nim samym. Jak sam powiedział do mnie pewnego dnia “Po pewnym czasie zacząłem czytać Biblie, gdyż wcześniej nigdy tego nie robiłem. Wszystko, o co dbałem to były pieniądze, najdroższe markowe rzeczy, które mogłem mieć, nocny clubbing, różne dziewczyny z całego świata itp., itd. Czytałem więc i zostałem zachęcony do tego, aby w końcu wyznać wszystko przed Bogiem, poprosiłem więc innych braci w wierze o modlitwę. Teraz, kiedy myślę o moim przeszłym życiu żałuje tego, co robiłem, bo marnowałem czas, zagubiłem otrzymane dobro. Teraz dziękuje za to, że nadal żyje, że mogę wrócić, bo Jego ramiona są otwarte”. W wielokrotnych rozmowach doszedł do wniosku, że to miejsce, w którym jest, mimo, że tak trudne, stało się i staje się miejscem odrodzenia, że tu został “złapany”, by zadbać o serce. Oczywiście, że chce wyjść na wolność, ale przedtem pragnie przemienienia serca. Poruszyła mnie ta historia, więc zapytałam, czy mogę podzielić się tym z Wami, otrzymałam pozwolenie, więc i list, którego fragmenty zamieściłam. Dość nietypowe spotkanie miałyśmy również z Marie Celeste. Jak zawsze każdego piątku przed rozpoczęciem wizyt udajemy się do maleńkiego biura, gdzie wita nas Father Bernard. Pamiętam, gdy otworzyłam drzwi, stanęłam osłupiona. Pośrodku stał Nafis, jeden z pakistańskich kuzynów rodziny, którą znamy, która uciekła z kraju z powodu prześladowań. Jego oczy też wyrażały totalne zdumienie. Dlaczego? Bo zawsze, ale to zawsze widzimy się za kratami! Wszyscy troje zamarliśmy na minutę. Okazało się, że znalazł się w tym maleńkim biurze, ponieważ był w trakcie wywiadu (proces uzyskiwania akceptacji przez nowy kraj) i czekał na urzędnika. Rozmawialiśmy, jak to się mówi “o wszystkim i o niczym” czując się jak starzy, dobrzy przyjaciele. Nafis powiedział, to niesamowite móc rozmawiać bez tych barier, jak normalny człowiek, dziękuje, że przypomnieliście mi, że jestem wolny. Kolejnego tygodnia kontynuowaliśmy naszą rozmowę już znowu przy kratach z jego kuzynem. Dzielili się z nami tym, jak to ten trudny pobyt zmusza ich niejako do myślenia nad tym, nad czym może nigdy wcześniej, by się nie zastanawiali oraz, że wszystkie te odwiedziny odkrywają przed nimi ich własne człowieczeństwo i godność. To nie jest łatwe, ani nie ma to być sentymentalna historia, ale zobaczyłam, że serce ludzkie formuje się, mówiąc metaforycznie zmienia swój kształt, przetapia się jak w ogniu, przechodzi przez transformacje, bo cierpienie może być jak dłuto rzeźbiarskie, które wykluwa nowy, piękny kształt, bo ono właśnie intensywnością swego rażenia, dotyka głębi naszego bytu, mieszając porządek, w którym wydawało się, że jesteśmy bezpieczni. To nawet nie to, że ono samo jest dobre samo w sobie... Nie, ale w rękach Rzeźbiarza nie będzie ono stracone... Moi przyjaciele nie mają nic, ich serce zostało ogołocone z wszystkiego, za czym można się schować. I jedna myśl powraca do mnie nieustannie, w życiu chodzi o s e r c e …
Iwona

wtorek, 12 listopada 2013

Tiaw

Witajcie i wybaczcie, ze nie pisze czesto, ale nie jest to zbyt latwe. Napisalam dzisiaj duzy list, wiec niebawem bedzie na stronie. Tymczasem chcialam podzielic sie malym wydarzeniem, ktorego juz nie zamiescilam w liscie, gdyz jest calkowicie odmienne tematycznie :)  Niedawno otrzymalismy mala kwote, wiec zabralismy kilkoro naszych dzieci do Zoo. Totez chcialam podzielic sie kilkoma zdjeciami z tego dzieciecego dnia :) 





poniedziałek, 14 października 2013

Spotkanie

Z uplywem czasu i przyplywem nowych osob (bo ostatecznie jest nas teraz piec) zaglebiamy sie bardziej w nasza dzielnice, odnajdujac ludzi, ktorzy znaja Domy Serca od lat. Wyodrebnilismy cztery okregi w dzielnicy, gdzie udajemy sie nasze wizyty: jeden to otoczenie naszego domu, ze wspomniana juz dawno temu Jaaj Som Chit, Jaaj Niang, Pii Jaakiem, Naa, ale takze Jaaj Sanuk, Jaaj Waa, fryzjerka, Plaa (dziewczynka ze swa rodzina), babcia stojaca na strazy pralni, ktora zawsze wszysto zapomina, wiec pyta od nowa :), mezczyzna wyrabiajacy buty, nasza sasiadka Paa Ot, Paa Nooj, Jaaj Luli, czy dzieci mieszkajace w poblizu. Nieco dalej Baan Chiwit Mai z Pii Suaj na czele i jej corka, o ktorej pisalam ostatnio (jest w szpitalu), Bua, mezczyzna bezdomny i jego rodzina, Paa Som Chit, Paa Wii, az w koncu dochodzimy do torow kolejowych, gdzie zyje babcia nie umiejaca mowic, kolejna grupa dzieciakow z rodzina i babcie zawsze wysiadujace na progu, obserwujace, kto przechodzi ich uliczka. Po drugiej stronie z kolei jest wielkie boisko, na ktorym zawsze gromadzi sie mnostwo dzieci i nastolatkow, znacznie bardziej niespokojne, niz okreg tuz przy naszym domu, gdzie znowu znamy kolejne babcie, na wpol indyjsko-tajsko-pakistanska rodzine, Chompuu z mama i tata itp., itd. Te imiona choc brzmia tajemniczo i nieznajomo kryja w sobie tajemnicza historie osoby i jej spotkania z Zyciem. Piszac te imiona przypomina mi sie fragment z Biblii, kiedy to czytamy syn Dawida, a potem syn tego, owego i tamtego, caly rodowod, a my nie mamy pojecia do kogo rzeczywiscie naleza i kim byli Ci ludzie. Ale to ludzie tworza historie. Ewangelia prowadzi do spotkania. Ten, ktory chodzil przed nami ciagle kogos spotykal ..Dlatego mam wrazenie, ze wlasnie tu i teraz me zycie i ta cala seria sotkan jest jak kartka z Ewangelii, ktora Slowo zamienila w Zycie.