wtorek, 12 listopada 2013

Tiaw

Witajcie i wybaczcie, ze nie pisze czesto, ale nie jest to zbyt latwe. Napisalam dzisiaj duzy list, wiec niebawem bedzie na stronie. Tymczasem chcialam podzielic sie malym wydarzeniem, ktorego juz nie zamiescilam w liscie, gdyz jest calkowicie odmienne tematycznie :)  Niedawno otrzymalismy mala kwote, wiec zabralismy kilkoro naszych dzieci do Zoo. Totez chcialam podzielic sie kilkoma zdjeciami z tego dzieciecego dnia :) 





poniedziałek, 14 października 2013

Spotkanie

Z uplywem czasu i przyplywem nowych osob (bo ostatecznie jest nas teraz piec) zaglebiamy sie bardziej w nasza dzielnice, odnajdujac ludzi, ktorzy znaja Domy Serca od lat. Wyodrebnilismy cztery okregi w dzielnicy, gdzie udajemy sie nasze wizyty: jeden to otoczenie naszego domu, ze wspomniana juz dawno temu Jaaj Som Chit, Jaaj Niang, Pii Jaakiem, Naa, ale takze Jaaj Sanuk, Jaaj Waa, fryzjerka, Plaa (dziewczynka ze swa rodzina), babcia stojaca na strazy pralni, ktora zawsze wszysto zapomina, wiec pyta od nowa :), mezczyzna wyrabiajacy buty, nasza sasiadka Paa Ot, Paa Nooj, Jaaj Luli, czy dzieci mieszkajace w poblizu. Nieco dalej Baan Chiwit Mai z Pii Suaj na czele i jej corka, o ktorej pisalam ostatnio (jest w szpitalu), Bua, mezczyzna bezdomny i jego rodzina, Paa Som Chit, Paa Wii, az w koncu dochodzimy do torow kolejowych, gdzie zyje babcia nie umiejaca mowic, kolejna grupa dzieciakow z rodzina i babcie zawsze wysiadujace na progu, obserwujace, kto przechodzi ich uliczka. Po drugiej stronie z kolei jest wielkie boisko, na ktorym zawsze gromadzi sie mnostwo dzieci i nastolatkow, znacznie bardziej niespokojne, niz okreg tuz przy naszym domu, gdzie znowu znamy kolejne babcie, na wpol indyjsko-tajsko-pakistanska rodzine, Chompuu z mama i tata itp., itd. Te imiona choc brzmia tajemniczo i nieznajomo kryja w sobie tajemnicza historie osoby i jej spotkania z Zyciem. Piszac te imiona przypomina mi sie fragment z Biblii, kiedy to czytamy syn Dawida, a potem syn tego, owego i tamtego, caly rodowod, a my nie mamy pojecia do kogo rzeczywiscie naleza i kim byli Ci ludzie. Ale to ludzie tworza historie. Ewangelia prowadzi do spotkania. Ten, ktory chodzil przed nami ciagle kogos spotykal ..Dlatego mam wrazenie, ze wlasnie tu i teraz me zycie i ta cala seria sotkan jest jak kartka z Ewangelii, ktora Slowo zamienila w Zycie.

poniedziałek, 30 września 2013

Cooking with Phii Poo

Dopoki nie zaglebisz sie w dzielnice, nie wiesz co skrywa sie w jej wnetrzu ... Okolo 5 czy 6 lat temu jeden z wolontariuszy z niewiadomego kraju z protestanckiej organizacji wedrujac pomiedzy uliczkami, zglodnialy, kupil jedzenie na ulicy od pewnej kobiety. Od tego dnia przychodzil do niej codziennie, aby zakupic jedzenie. W koncu zapytal, czy nie chcialaby otworzyc jakiejs malej restauracji? Oczywiscie, ze nie. Ostatecznie tak sie stalo. Dzisiaj Phii Poo mowi po angielsku, a kiedys bala sie ust otworzyc, dzisiaj wita swych przyjaciol usciskiem, a czasem buziakiem w policzek, co kiedys bylo nie do pomyslenia, jezdzi disiaj po szkolach i opowiada dzieciom, ze zmiana zycia jest mozliwa. Pracuje w zespolowym teamie, jak w rodzinie, bo mowi, ze lepiej, kiedy wszyscy w pracy sie ciesza. Ma tez czas na wakacje i dla rodziny. I nie opuscila naszej dzielnicy, wrecz przeciwnie, wciaga w te prace innych ludzi ... I to wcale nie jest historia filmowa.

piątek, 13 września 2013

Iwona Michnik                                                                                         10.09.2013
Heart’s Home Paul VI
254 Silom Road
10500 Bangkok
iwonkamichnik@gmail.com


Celebrujemy Życie

Życie duchowe nie jest niczym innym, jak właśnie miłością. Kochać wcale nie znaczy czynić dobro, wspomagać czy też chronić kogoś, bowiem w ten sposób traktujemy bliźniego jak zwykły przedmiot, zaś siebie samych postrzegamy jako istoty mądre i szlachetne. A to nie ma nic wspólnego z miłością. Kochać znaczy połączyć się z drugim człowiekiem i dostrzec w nim iskrę Boga.
/Thomas Merton/

Witam serdecznie ponownie, dokładnie dzisiaj mija 6 – sty miesiąc mej misji. Przychodzę do Was ponownie z kawałkiem tutejszego świata. Tym razem rozpoczynam fragmentem zaczerpniętym z myśli Mertona, któremu (nawiasem mówiąc) Azja nie była obca. Ostatecznie zmarł właśnie tutaj, gdzie jestem, w Bangkoku. Uderzyła mnie powyższa myśl, kiedy zastanawiałam się, co jest kluczem moich, naszych spotkań z ludźmi? Co jest esencją? Zaskoczyła mnie “akceptacja”, której znaczenie ze zdziwieniem odkryłam jako przyjmowanie. P r z y j m o w a n i e, jak smakowanie dzień po dniu pokarmu, który się przeżuwa, zagryza, aż w końcu trawi, a nie znika on ot tak po połknięciu jednego kęsa. Przyjmowanie, jak sączenie kropla po kropli życia, które ma smak – czasem gorzki, słony, kwaśny, słodki. Tak jak przyjmowanie uczuć, nie po to, by nami zawładnęły, ale by pokazały to, co naprawdę myślimy. Przyjmować trudnych dla nas ludzi z samym sobą na czele, to jak kolejny raz potwierdzić godność życia, te trudno dostrzegalną iskrę. Jest jakiś paradoks ukryty w akceptacji na kształt cudu, niekoniecznie jak grom z jasnego nieba, ale jak cichy powiew wiatru. Dopóki frustruję się samą sobą, czy innymi, nic nie zmienię. Ale kiedy przejdę te granice zranionej dumy własnej i zaakceptuję to, czego zaakceptować nie mogę, odkrywam więcej niż siebie. I tym cichym powiewem wiatru jest pocieszenie, które stawia mnie na nogi, by powiedzieć kocham to, co jest. I to nie jest tania akceptacja, która mówi rób, co chcesz. To jest droga akceptacja, bo wykupiona zaangażowaniem, które zna ból, przeszyło go do szpiku kości, aż poszarpało serce, bądź radość, która rozlała się jak krew w żyłach, przynosząc tlen. Akceptacja przynosi godność, która czuje się swobodnie tym, kim jest, bo widzi szerzej i więcej niż tylko to, co widzialne, a w końcu przyjmuje Życie, które było od początku, które J e s t Prawdą. Nie jest się już kimś, kto pomaga, jest się na równi z tymi, z którymi się żyje. Oczywiście, nie znaczy to, że każda działalność charytatywna jest zła, ależ oczywiście, że nie! To byłoby absurdalne kłamstwo. To znaczy tylko tyle, że u podstaw każdej z tych działalności nie jestem kimś, kto pomaga, ale kimś równym innym…

Wieści ze wspólnoty

Otóż Naomi - wolontariuszka z Ameryki - jest już z nami. Przybyła tutaj na dwa lata. Jej imię to Phii Nok, co znaczy ptak. Jest ona pełna tajemniczego spokoju i z nim właśnie idealnie wpasowała się w tutejsze życie. Niebawem, bo już 21 września, przywitamy Francuzkę – Marianne. Wczoraj wyjechała też od nas siostra wizytatorka (siostra Regine), która spędziła z nami trzy tygodnie. Mieliśmy też wizytę dziewczyny z Australii (Chrisanne), która zaciekawiona, przyjechała żyć z nami przez około tydzień, po czym powiedziała, że wsiąknęła w to, jak woda w gąbkę, więc będzie się teraz przygotowywać do swego wyjazdu na misje. Odwiedziły nas też trzy dziewczyny z Francji, które podróżują po to, aby w rożnych zakątkach ziemi znaleźć miejsca nadziei. Zmarła też babcia Cecylii (Szwajcarki) po 86 latach życia. Dzisiaj właśnie jest jej pogrzeb.

Jet Sip Prai

W tym liście chciałam powrócić do naszej dzielnicy, w której żyjemy. Pomimo tego, że nadal nie lubię kroczyć wąskimi, nieznanymi mi uliczkami (bo wydaje mi się, że wyskoczy na mnie pies :), to patrzę na to miejsce jak na dom, właściwie ciesząc się, że jest on jednym spośród wielu, że sąsiedzi zaglądają czasem nam do okien, by sprawdzić, co się dzieje. I nie da się uniknąć tutejszej ciekawości, gdziekolwiek byśmy nie szły, znajdzie się ktoś kto pyta: pai naj? (gdzie idziesz?) albo krzyczy sawadii kaa Phii (dzień dobry, siostro) lub też dzieci wskakują na ręce. Kiedy nie mam siły, by je podnosić żartuję, no dobra, teraz Wy mnie podnieście :) co jest zadaniem niewykonalnym, heheheh. Jak wiele razy zdążyłam już zauważyć, jest tutaj bieda – to prawda, jednakże każdy ma zapewnione minimum potrzebne do tego, by jeść i mieć miejsce do spania. Ludzie, którzy żebrzą na ulicy, z reguły nie pochodzą z Tajlandii, ale z sąsiednich biedniejszych krajów jak z Laosu, Birmy, Kambodży. Znaczna ich liczba także pracuje u zagranicznych rodzin jako pomoc domowa, strażnicy domów itp. Poza tym nasze sąsiedztwo może cieszyć się obecnością Mercy Center (w którym również są wolontariusze), które dysponuje szkołą dla dzieci (jest tu także szkoła imieniem Janusza Korczaka!!), jak i żłobkiem. Ponadto Mercy Center pomaga tutejszym ludziom poprzez rozdawanie ryżu czy pampersów. Jest też tutaj Baan Chiwit Mai (to jest Dom Nowego Życia) założony przez protestantów, w którym spotykają się tutejsi chrześcijanie na wspólne modlitwy. Jest też jeszcze jedna rodzina misjonarska, której nie miałam okazji poznać, ale wiem, że są w tej samej dzielnicy, jak również wolontariuszki z Australii. Zdecydowali się oni mieszkać pośród ubogich, którzy odwiedzają ich również w domu, uczą się gotować itp. Mam więc wrażenie, że my wszyscy (organizacje, grupy, wspólnoty), choć odmiennie działamy, to wzajemnie się uzupełniamy i tworzy to jedną całość. Dlatego coraz mniej rozumiem, kiedy niektórzy mówią, że ta dzielnica jest najgorsza, ja znam tu wspaniałych ludzi.

Wanni Baan Peet Maj Kha? (Czy dzisiaj dom jest otwarty?) 

 Dzieci, które tutaj znamy żyją z rodzicami z innym członkiem rodziny - jak Net i Not ze swoją babcią - która jednak zwą mamą, gdyż ta prawdziwa ich opuściła. Sytuacje rodzinne są różne. Po południu, po szkole spędzają czas bawiąc się skupiając się na wąskich uliczkach. Kiedy otwieramy dom, przychodzą, aby grać z nami. Pomiędzy tymi grami przypominamy Biw, aby powiedział Dzień dobry, kiedy wchodzi. Małemu, rozbrykanemu Cii, żeby poskładał jedna grę, kiedy skończy następną lub to, że możemy dzielić się zabawkami i grać wspólnie. Czteroletniego Om wysyłamy do domu, kiedy przychodzi bez spodni i zapraszamy aby wrócił,  ale przebrany. Czasami zdarzyło się też, że przyszedł do nas wieczorem zapłakany, bo wszystkie  dzieci poszły już do domu, a on zastał drzwi zamknięte w swym własnym. Został więc u nas dłużej, a potem jedna z nas odprowadziła go do domu. Innego razu przyszedł do nas zapłakany, co dość rozbawiło jego mamę, a dla nas był to dość trudny orzech do zgryzienia, czy wziąć go na ręce i przytulić, czy raczej usiąść przy nim, by popatrzeć mu w oczy i w zgodzie z tutejszą kulturą i zwyczajami powiedzieć Mai Pen Rai (nic się nie stało, które używane jest wszędzie i powszechnie). Tutaj dzieci są przytulane, gdy są bardzo małe, później niekoniecznie. Oczywiście są wyjątki od tej reguły, jak nasza nauczycielka powiedziała nam, że ona nauczyła swoja córkę dawać buziaka w policzek jej, jak i swemu tacie. Co dziwi innych wokół. Niemniej jednak zawsze, kiedy mówiąc do dziecka, siadam tak, aby na równi znajdowały się nasze oczy, komunikacja staje się owocniejsza. I nagle potem zazwyczaj plączący przy wyjściu Cii, posyła buziaki, a Jojo z radości chce podarować cukierka na pożegnanie. Innego dnia znów, w odpowiedzi na “nie”, które w rzeczywistości miało służyć innemu “tak”, zastajemy oberwane kwiatki. Naprawdę, nie nudzi się nam tutaj:). 


Wy macie czas, aby być z ludźmi

Jaaj Som Chit, o której już kiedyś wspominałam, która staje się już coraz starsza i czasem prześpi całą naszą wizytę, kiedy zajmujemy się Ananem (jej synem). Innego dnia znów pełna humoru i żartów. Udało nam się ją przetransportować ostatnio do naszego domu, gdzie wspólnie zjedliśmy posiłek. Podczas przygotowywania, kiedy dziewczyny gotowały zupę, a ja biegałam z dziećmi, a Jaaj siedziała pośrodku otoczona poduszkami, niejako linia graniczna, za którą dzieci nie mogły wybiegać (graliśmy w berka biegając na palcach, tak, żeby nie dotknąć linii wyznaczającej kwadrat pomiędzy jedną płytką, a drugą) widziałam w niej pokój i radość. Ona jest dla mnie przykładem akceptacji życia własnego niepełnosprawnego syna, której spojrzenie zawsze jest niezwykle uważne i nie umknie jej żaden szczegół. Raz zastałyśmy Anana w gorączce, więc babcia stwierdziła, że tym razem lepiej nie brać go do łazienki pod prysznic, więc należy wyczyścić jego ciało tylko szmatką nasączoną wodą. Pamiętam do dziś jak uczyła nas, co po kolei należy uczynić, z niezwykłą precyzją, w której tkwi jej wielka troska. Notabene, Anan uwielbia, gdy myje się jego włosy. Ciągle łapię się na tym, by nie robić tego zbyt szybko. Bo jeśli jest to jedna z niewielu rzeczy, które sprawiają mu radość, to tym bardziej powinno to trwać dłużej. Anan uczy mnie, by celebrować życie, by zatrzymać się, powiedzieć sobie stop, zwolnij, zobacz, jak ważna jest ta jedna, mała rzecz. Poznałyśmy tutaj Phii Lek, około 35 – letnia kobietę, która żyje z rodziną w naszym sąsiedztwie, Tajkę, która jest dość zapracowana. Od czasu do czasu jednak odwiedzamy ją. Kiedy dowiedziała się o Jaaj Som Chit, powiedziała: „Ja pracuję bardzo dużo, więc nie mam czasu, ale chciałabym zrobić coś dla tej kobiety. Wy jesteście tu po to, aby być z ludźmi, więc kiedy odwiedzicie ją następnym razem, podarujcie jej to ode mnie.” Każdego miesiąca daje nam drobne pieniądze, które przekazujemy babci lub też specjalny posiłek.


Przyjmij mnie …

Kiedy myślę Jet Sip prai widzę wiele twarzy, Paa Wii, kobietę po 50-tce, która na taką nie wygląda, uwielbia ćwiczyć i tańczyć, czuje się jednak dość samotna, dlatego ciągle powtarza nam “I miss You, I miss You”, kobietę mieszkającą przy torach, która nie mówi, ale zawsze tak gestykuluje, że wiadomo, o co jej chodzi. Rodziców 38-letniej Chompuu, która jest niepełnosprawna, którą opiekują się z sercem (jej mama nie jest jej rodzona matka), której jednak nieco się wstydzą przed ludźmi. Kiedy my ją odwiedziłyśmy sąsiedzi zaglądali zdziwieni, któż to mówi do Chompuu i śpiewa jej piosenki? Jaaj, która większą część dnia spędza na ławce i zawsze opowiada nam, co dzisiaj jadła; mężczyznę, który nie może zaakceptować, że w połowie jego ciało jest sparaliżowane. Nung, który żyje z ciotką i wujkiem, bo nie ma rodziców. Phii Jaak, który ciężko pracuje na niepełnosprawne, adoptowane dzieci, codziennie wstając kolo 5 – tej, by rano jechać na targ kupić potrzebne składniki do wyrobu swego pysznego deseru. Babcię, która zawsze zapomina to, co powiedziałyśmy, więc powtarzamy od nowa. Wiele, wiele twarzy. I wreszcie Poy, która najprawdopodobniej ma białaczkę i powiedziała, że w takim stanie, będąc tak słabą w szpitalu, nie może pokazać się swoim wcześniejszym przyjaciołom. Kiedy widzę te wszystkie twarze, myślę sobie czym się tak naprawdę różnimy? Serce człowieka jest takie podobne. Chce być przyjęte, choć jednocześnie boi się tego powierzenia. My też mówimy, nie jestem Phii Farang (siostra z obcego kraju), mam imię. Też mówimy przyjmij mnie wykraczając poza granice państwa. I co dzieje się potem? Później Pa Wii nie jest juz samotna kobieta, jest kimś, w kim i ja rozpoznaję swą samotność i tęsknotę za przyjaciółmi, kobieta przy torach jest tą odważną, która nawet jeśli nie mówi, zawsze przekaże nam to, co chce powiedzieć. Chompuu jest tą, której nie obchodzi zdziwienie innych na jej widok i nic sobie z tego nie robi. Jaak tym, który wytrwale kontynuuje swą pracę zachęcając mnie bym wstawała rano bez narzekania, Poy ta, która w końcu miała odwagę, by pokazać się komuś w swej słabości. Gdzieś w pewnym punkcie jesteśmy podobni, bądź nawet jedno. I słabość nas nie definiuje, słabość otwiera nas na coś więcej, niż jesteśmy my sami poukładani z naszych własnych pomysłów i mniemań o sobie. Celebrujemy więc życie – iskrę, która pozwala odetchnąć swobodnie z ulgą i czuć się sobą.

Iwona





poniedziałek, 12 sierpnia 2013

Samrap Praraachini

Dla królowej,

    Witam serdecznie, jak zawsze po przerwie. Jestem świeżo po 5- ciu miesiącach i mam wrażenie, ze zaczyna się teraz nowy etap mego życia tutaj. Jeszcze trudno mi to określić, jeszcze trudno poukładać, ale widzę coś nowego. Mianowicie znam już miejsce, reakcje swego organizmu na ten jakbym powiedziała ciężki klimat, mogę już rozmawiać z ludźmi po tajsku... To sprawia, ze czuje się zdecydowanie swobodniej. W dalszym jednak ciągu trudno jest być w tym jednym momencie, w tym, który dzieje się tutaj i teraz. Myślenie o przyszłości sprawia, ze tracę coś ze swej misji.  Powrót do tu i teraz czasem jest bolesny, nie mniej  jednak, kiedy już naprawdę jestem, czuje się spełniona i wypełniona tym, co jest. Nie jestem w tym jednak mistrzem i to trudna szkoła. Nie mniej jednak ciągle zdaje sobie sprawę, ze to prawda odnosząca się do całego życia. Nieważne czy jestem tu, czy w Polsce, ciągle i zawsze wybieganie w przyszłość sprawia, ze w jakimś sensie tracę to, co tu i teraz. I nie mowie tutaj o totalnej bezmyślności, która nakazałaby zapomnieć o tym, ze jutro tez coś muszę włożyć do garnka ;), ale o tym, ze jeśli już robię coś, to robię to z całkowita koncentracja, angażując wszystkie swe siły, aż dotąd, ze obecny moment jest spełniony, wypełniony, na miarę wszystkich możliwości, które mogę z siebie dać. 

    Po tym wstępie, chciałam dzisiaj Wam napisać krotki news z życia Tajlandii. Wczoraj, to jest 12 sierpnia był dzień mamy, a co za tym idzie święto królowej (zarazem jej urodziny). W wielu miejscach widniał jej wizerunek, wszyscy naokoło o tym wspominali, a rano odbył się specjalny bieg wszystkich chętnych dla królowej. Król i królowa zajmują tutaj szczególne miejsce i obdarzani są specjalnym szacunkiem. Oficjalnie. Oczywiście, są tez przeciwnicy. Poza tym codziennie rano, kiedy z głośników puszczany jest hymn, wszyscy (albo zdecydowana większość) zatrzymują się, aby przez ten drobny gest oddać szacunek temu kraju. Rano, kiedy wędrujemy przez park do szkoły, spotykamy tez grupy ćwiczących chińczyków, japończyków i tajlandczyków. To niesamowity widok. I tak odmienny! Jedni w skupieniu przy relaksującej muzyce wykonują zsynchronizowane ruchy, jakby tańcząc w powietrzu. Drudzy z kolei ćwiczą aerobik, z wielka eneregetycznością wymachując rekami. A pomiędzy nimi biegający obcokrajowcy :) W końcu - sport to zdrowie :) 

wtorek, 23 lipca 2013

Sąsiadów ciąg dalszy

Jaj Niang,

To jedna z naszych największych żartowniś. Zawsze wita nas tym samym żartem. Przyszła czerwona mrówka, przepyszna krewetka I niedojrzałe winogrono (to oczywiście aluzja do naszych imion). Ostatnie czasy spędza w swym domu, gdyż jest już słaba.  Wiele trosk zaprząta jej głowę z powodu syna, który jest niepełnosprawny, a ostatnimi czasy rozmawia z dziewczyną, która chce uzyskać od niego dużo pieniędzy. Jaj więc martwi się tym obecnie. Do tego dochodzą problemy ze zdrowiem. Mimo to zawsze żartuje. U niej w domu odbywają się też spotkania chrześcijan z dzielnicy, co dla mnie było zaskakujące. Jest ich parę w naszej dzielnicy.
Jaj Niang

środa, 10 lipca 2013

Iwona Michnik                                                                                             09.07.2013
254 Silom Road
10500 Bangkok
iwonkamichnik@gmail.com

 Obudź moją duszę...


„In these bodies we will live, in these bodies we will die
And where you invest your love, you invest your life
Awake my soul, awake my soul Awake my soul
For you were made to meet your maker
Awake my soul, awake my soul Awake my soul”.
/Fragment piosenki Mumford & Sons “Awake my soul”/

“W tych ciałach będziemy żyć, w tych ciałach umrzemy,
Gdzie inwestujesz swoją miłość,inwestujesz swoje życie.
Przebudź moją duszę...Przebudź moją duszę...Przebudź moją duszę...
Bo zostałaś stworzona, by spotkać swojego Stwórcę.
Przebudź moją duszę...Przebudź moją duszę...Przebudź moją duszę..”



Lotus
Marie Celeste będzie bardzo szczęśliwa, jeśli dowie się że swój list zaczęłam od cytatu z piosenki jej ulubionego zespołu. Ta piosenka towarzyszy mi juz od pewnego czasu. „Obudź moją duszę”... O tak, obudź mą duszę z tego głębokiego snu, by oczy przetarte o poranku  z niedowierzaniem, że to już nowy dzień, nabrały nowego blasku. Obudź mą duszę jak przemywa się je zimną wodą. Obudź zaspaną duszę... By widzieć świat nowymi oczami, patrzeć pod innym kątem, by w końcu jak z puzzli porozrzucanych po podłodze po pewnym czasie stworzyć obraz; widzieć siebie wzrokiem, który ogarniając przeszłość buduje nową przyszłość. Obudź mą duszę, a otworzą się me oczy, uszy, a umysł znajdzie nowe rozwiązania, relacje nabiorą nowego charakteru, wypowiadane słowa zaczną żyć. To jakby odkopać stare albumy po dziesięciu latach i zobaczyć w nich te szczegóły, których nigdy się nie widziało... Jakby zetrzeć kurz ze starych książek, otworzyć je, by przeczytać zdanie i zinterpretować tak, jak się nigdy nie myślało. To jakby wskoczyć do zimnej wody i po szoku poczuć się rześko. To jakby nagle wszystko zaczęło żyć. Jest taka pora dnia w okolicach świtu, w której wszystko zamiera, ptaki przestają śpiewać, wszystko przestaje się poruszać. Trwa to zaledwie sekundy. Doświadczyłam tego kiedyś około czwartej nad ranem obserwując przyrodę z okna domu mej babci. Miałam wrażenie, że wszystko zamarło. Ale po tych kilku sekundach, nagle, jak na zawołanie, jakby wszyscy się zmówili, ptaki zaczęły śpiewać i inne gryzonie wydawać różne dźwięki. Świat znowu zaczął żyć, jakby buchnęło życiem, jak ogniem z pieca! Więc obudź mą duszę, by tętniła życiem! To jest to, na co czekam! To jest to, co chce zobaczyć!

 Dar Nowego Życia


Rodzina Younes’a
Pisząc o nowym życiu chciałabym napisać, jak konkretne formy ono przybiera w życiu tych ludzi, których poznałam. I jak często to nowe życie rodzi się w bólu (o czym wiedza matki). Ostatnio zaczęłam dość ogólnie pisać o sytuacji naszych pakistańskich przyjaciół. Dzisiaj chciałam podzielić się z Wami nieco konkretniejszymi historiami. Na moim blogu ostatnio wspomniałam również o znanym mi małżeństwie Younes i Marianne, dzieląc się tą radosną wieścią, że obecnie są już w Holandii. Na tydzień jednak przed wylotem, oboje musieli spędzić tydzień w wiezieniu dla imigrantów. To jedna z tutejszych procedur. Mając status uchodźca, ale nie mając ważnych
Younes i Marianne

paszportów, musieli niejako ponieść karę. Mieli oni jednak już swój bilet w ręku, więc prosto z więzienia udali się na lotnisko. Nigdy nie zapomnę tego dnia, gdy poszliśmy ich odwiedzić w więzieniu. Przed wizytą, gdy podaje się numer więźnia, urzędnik pokazuje zdjęcie, aby się upewnić czy na pewno tę osobę chcemy zobaczyć. Kiedy zobaczyłam ich na zdjęciu typowym dla fotografii więziennej poczułam się bardzo dziwnie, jakbym zobaczyła kogoś, kogo znam od wielu lat, nagle za kratkami. Marie Celeste odwiedziła Marianne, ja z kolei Younesa, dzięki czemu i oni mogli się spotkać, gdyż nie byli w tych samych pokojach. Nigdy nie zapomnę łez, które zobaczyłam w oczach Younesa, który powiedział: „Nie mamy aparatu i nie mogę zrobić zdjęcia, ale zawsze będę pamiętał Was, że przyszliście mnie tutaj odwiedzić. Jesteście jak moja rodzina, bo oni nie mogą mnie odwiedzić”. Obecnie wiemy, że mają się dobrze, tęsknią za wszystkimi bardzo, ale uczą się tam nowego języka, powoli aklimatyzując się w nowych warunkach i w nowym świecie. Ich nadzieja się spełniła.

 Tak zdarza się tylko w filmach?


Chciałam podzielić się też kolejną historią, o której wcześniej, zanim tu przybyłam, mogłabym pomyśleć, że może się zdarzyć... ale tylko w filmach. Nie podam jednak ich prawdziwych imion, będę więc pisać tylko ona i on. Ona więc była muzułmańskiej wiary, on był chrześcijaninem. Poznali się w pakistańskiej szkole, gdzie oboje pracowali. Ona jest jedną z najpiękniejszych kobiet jakie znam. Rozmawiali więc dużo w pracy, ale z czasem i bardzo powoli, pomiędzy nimi zaczynało się rodzić coś poważniejszego .... Należy wiedzieć, że w tamtejszym kraju muzułmanka nie może poślubić chrześcijanina, bo jeśli to zrobi, jemu i całej jego rodzinie grozi śmierć. (Znamy też kolejną rodzinę, która cała, łącznie z dziadkami, kuzynami, dziećmi, musiała uciekać z kraju, bo kuzyn poślubił muzułmankę, która obecnie jest chrześcijanką.) Spotykali się więc potajemnie, nikt nie wiedział, że są parą, zawsze wcześniej przychodzili do pracy. Z czasem okazało się, że jemu grozi niebezpieczeństwo (chrześcijanie są tam prześladowani), toteż postanowił uciec tutaj. A wtedy ona już wiedziała, że nie może zostać sama. Zaczęły się poszukiwania, groźby, bo wszyscy wiedzieli już, że oni są razem. Początki tutaj były bardzo ciężkie. Ona zresztą pochodziła z bardzo bogatej rodziny, a tutaj spotkała życie w biedzie. Po czasie ona stała się chrześcijanką, dlatego, że odkryła w tej wierze prawdę. Tutaj odbył się mały ślub, z kilkoma zaledwie osobami. Ich proces o destynację do nowego kraju trwa już dwa lata. W międzyczasie został wstrzymany, ponieważ narodziło im się dziecko, a początkowo kraj, o który się ubiegali, zaakceptował dwóch członków rodziny, nie trzech. Proces rozpoczął się więc od nowa. Teraz jednak nabiera konkretnych form. Przyjmują już szczepionki, spotkania w ambasadzie są coraz liczniejsze, niecierpliwie liczymy dni, kiedy dostaną bilet w ręce. Tam będą mieli prawo do pracy i normalnego życia. Będą też bezpieczni, z dala od rodziny, która chciała ich zabić. Żałuję bardzo, że nie możecie ich poznać, bo poprzez list nie jestem w stanie przekazać godności, którą w sobie noszą, wiary i nadziei. I jeszcze jedno – taka wzajemna miłość jaką oni do siebie maja wprawia mnie w osłupienie. Jej mąż powiedział do nas ostatnio „Modlę się za mą żonę codziennie, aby była dobrym człowiekiem. Chciałbym jej dać wszystko i zrobić dla niej wszystko, bo ona opuściła dla mnie wszystko”. Ostatnio świętowaliśmy jej urodziny. W tym czasie także gościliśmy rodzinę Cecylii ze Szwajcarii. Wszyscy więc byliśmy w naszym domu. Na zakończenie jej mąż powiedział „Chciałem Wam wszystkim powiedzieć, że my jesteśmy tutaj całkiem sami. Nasza rodzina jest daleko i często nawet nie możemy się z nią skontaktować. Wy jesteście naszą pełnoprawną rodziną”. Wtedy zrozumiałam też pewną unikalność naszej misji – być jak rodzina. Trochę jak rodzina zastępcza, bo ta rodowita albo ich nie akceptuje, albo jej nie mają, albo po prostu jesteśmy jednymi z tych, którzy traktują ich z godnością. Czasem ci ludzie sami nas znajdują, jak kilka dni temu zaczepiła mnie jedna kobieta pod kościołem (w ogóle nas nie znając) i pierwsze, co powiedziała to następujące słowa: Jestem tutaj sama z dwójką dzieci od dwóch miesięcy. Jestem tutaj całkowicie sama, ale w końcu wolna od mego męża, który mnie torturował. Proszę, przyjdźcie do mnie, nie mam tu nikogo.

Ja żyję ...


W ostatnim czasie gościliśmy też w naszym domu Afrykankę, która poprosiła nas o możliwość zostania w naszym domu i modlitwy przez trzy dni. My więc miałyśmy swój plan dnia, ona natomiast ciągle pozostawała na modlitwie. Wieczorami jednak dzieliła się z nami swoją historią, o tym, jakie życie było w Afryce, o walce o prawa kobiet, a w końcu o groźbach i niebezpieczeństwie, które groziło jej rodzinie z powodu ich pracy na rzecz kobiet. Są już tutaj cztery lata! Opowiedziała nam tyle historii, w których ona i jej rodzina zostali ocaleni w różny sposób. Może kiedyś napiszę Wam o niej więcej :) W niej widzę życie. I cóż to jest za życie, które rodzi się na przekór codziennemu strachowi i niepewności, nieznajomości dnia przyszłego! Można byłoby tylko płakać. Czym wiec jest życie, które ŻYJE? Czym jest prawdziwe życie silniejsze niż śmierć, którą chciano im zadać? Czym jest życie? Ta zdolność do tworzenia, marzenia, śmiania się i wciąż kochania? Jak to możliwe, że ono wciąż się rodzi w sercach tych ludzi? I jeśli jakoś po ludzku, tak jak to mówią w przysłowiu „na chłopski rozum” chciałabym to sobie wytłumaczyć, to jest to dla mnie jak z martwych wstanie... 

Znowu razem


Rodzina Cecile z zaprzyjaźnioną francuską rodziną
W tym liście dużo piszę o rodzinie. Tak się złożyło, że ciągle ten temat tutaj powracał. Może to też za sprawą rodziny Cecylii ze Szwajcarii - Robert, Marie Claire, Viviane i Aurelien, którzy przyjechali tutaj odwiedzić swą córkę. Nasza Cecile miała nieco czasu, aby spędzić go tylko z nimi, potem jednak jej rodzina przychodziła do nas codziennie, poznając naszą dzielnicę, ludzi, bawiąc się z dziećmi, modląc się z nami i jedząc. To było dla nich ogromne wydarzenie -zobaczyć swą córkę tutaj po 8 miesiącach! To niezwykłe, jak rodzina może być wielką mocą, jak bardzo może nas kształtować, ale jakim też może być trudem, jaki ból może przekazać. Można dzieciom przekazać błogosławieństwo i przekleństwo. Więzy krwi są tak silne, że nawet jeśli nie chcemy, wpływają na nasze życie. Powyższe jednak przykłady pokazują mi, że można żyć innym życiem, nie trzeba powtarzać tych samych błędów, jest inna możliwość. Dbać o swoje życie teraz to inwestować w przyszłe dobro swej rodziny.

Nic, nie musisz mówić nic

Wizyta w Saint Louis Hospital

 Teraz przeniosę Was znów do innego świata, jak my to już zwykłyśmy robić tutaj, w Bangkoku. W tym liście chciałam też wspomnieć o naszym kolejnym apostolacie, a mianowicie o wizytach w szpitalu. Zazwyczaj odwiedzamy osoby starsze, niektóre z nich w ogóle nie mówią, często podpięte do rurek, które pozwalają odciągać ślinę itp. To prawda, że dla nich, jest to miejsce czekania na śmierć. Są też tacy, którzy mają się nieco lepiej, z nimi wiec możemy rozmawiać. Nie są to długie wizyty, bo długa wizyta dla wielu z nich byłaby trudna do zniesienia z powodów zdrowotnych. Zastanawiałam się kiedyś, co można dać komuś, kto ma jedzenie (bo w szpitalu je otrzymują), ma miejsce do spania, ale wielu z nich nie może się poruszać, mówić albo słyszeć. Jesteśmy więc, patrzymy w oczy, trzymamy za ręce, często śpiewamy; jeśli wiemy, że są chrześcijanami, modlimy się. Zdarza się wtedy, że z ich oczu płyną łzy. Chciałam napisać Wam krótko o jednej z osób, które odwiedzamy, o mężczyźnie o imieniu Wira. Jest to dość nietypowa relacja. Początkowo wyglądało to tak, że zaglądałyśmy tylko na chwile. Starałyśmy się
Saint Louis Hospital
prowadzić rozmowę, ale Wira nie był dość rozmowny, zawsze jednak uśmiechał się szeroko, gdy nas widział. Od pewnego czasu zaczęłyśmy spotykać go na korytarzu oglądającego telewizję, brałyśmy więc krzesła i dosiadałyśmy się do niego. Próbowałyśmy zadawać mu pytania, ale był bardzo oszczędny w słowach. Marie Celeste zapytała go raz, o co nas chciałby zapytać. On wtedy popatrzył nam prosto w oczy, uśmiechnął się i zamiast zadać pytanie powiedział, bardzo się cieszę, że do mnie przychodzicie. Od tego czasu wiemy, że nawet jeśli nie jest zbyt rozmowny, to czeka na te nasze wizyty. 

 To jest właśnie Naa


Naa
  Nie wiem, jak długie listy jesteście w stanie czytać :) Toteż, aby nie przytłoczyć Was nadmiarem, dziś przekazuję tę część mej misji, tym razem pomijając moje sąsiedztwo, o którym można napisać cały, kolejny długi list. Jedynie wspomnę o Naa, ponieważ parę osób, pytało mnie o nią. Pisałam o niej nieco w mym pierwszym liście. U niej jednak sprawy zmieniają się tak szybko, że nigdy nie jestem pewna, czy już na pewno mogę coś napisać, bo pewności co do tego czy to jest na stałe, czy na chwilę mieć nie mogę. W każdym razie, dziecko ma się dobrze. Ona sama natomiast nie wie jeszcze, co zrobi ze swym życiem. Pamiętajcie więc o niej.

Dziękuję


Po raz kolejny dziękuję za listy. Nie możecie sobie nawet wyobrazić jak zawsze biegnę do skrzynki otwierając listy z drżącymi rękoma :) Jesteście moją siłą :) Dziękuję za pamięć i modlitwę. Nosząc Was w sercu i pamięci ślę pozdrowienia.

Iwona